niedziela, 5 listopada 2017

"Legenda" - Grażyna Jeromin-Gałuszka

Oto "Legenda", dziesiąta książka autorstwa Grażyny Jeromin-Gałuszki. Powieść zupełnie inna, niż pozostałe dzieła pisarki. Przedstawiająca obraz postapokaliptycznego świata, w jakim dominuje przeważnie samotność. 

Grażyna Jeromin-Gałuszka - urodziła się i mieszka w Sosnowicy, niewielkiej wsi koło Radomia, gdzie w otoczeniu rodziny pisze, a dla relaksu zajmuje się niewielkim gospodarstwem. Absolwentka bibliotekoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenariopisarstwa w PWSFTviT w Łodzi. Publikowała utwory poetyckie i krótkie formy prozatorskie w czasopismach oraz w antologiach poetyckich. Laureatka ogólnopolskiego konkursu na temat filmowy zorganizowanego przez Agencję Scenariuszową i tygodnik „Film”. Współautorka scenariusza jednego z popularnych seriali telewizyjnych. Ma dwoje dzieci, Kasię i Karola. Jej debiutancka powieść „Złote nietoperze” otrzymała pierwszą nagrodę w konkursie literackim „Kolory życia”. Ponadto napisała powieści „Oczy Marzanny M.”, „Kobiety z Czerwonych Bagien”, „Nie zostawiaj mnie” i „Magnolia”.

Czy czasem zadajesz sobie pytanie, jak wyglądałby świat bez złych emocji? Ale i bez dobrych?

Legenda mówi, że dawno, dawno temu, gdy świat pogrążył się w chaosie, siedemdziesięcioro siedmioro ludzi wyruszyło na skrzydłach wielkiego ptaka, by szukać skrawka ocalałego lądu.

 
Mara dorasta na wyspie, gdzie zasady postępowania zostały raz na zawsze określone. Każdego dnia uczy się, jak funkcjonować w tym prostym, lecz trudnym i szarym świecie, a jedynym jasnym punktem jest słuchanie opowiadanej przez opiekunki Legendy. Po ukończeniu piętnastu lat wraz z siedemdziesięcioma sześcioma rówieśnicami opuszcza wyspę, by popłynąć na stały ląd. Odtąd każdy ich dzień od wschodu do zachodu słońca będzie wypełniony ciężką, jednostajną pracą. Wśród dziewcząt jest Samila, która - jak się wydaje - przyszła na świat tylko po to, by udowodnić, że życie nie polega jedynie na tym, by przetrwać.

 
Magiczna opowieść o odejściu od cywilizacji w świat zaklęć i legend, o życiu w jego najprostszej postaci.
Najwcześniejsze wspomnienie to obraz bez słów i głosów, jedynie z wiatrem i szumem oceanu w tle. Wielka izba, a w niej kilkadziesiąt dwu i pół, może trzyletnich dziewczynek pogrążonych we śnie. Do pomieszczenia wsuwa się młoda kobieta w białej chuście, zawiązanej pod szyją. Podchodzi do każdego z posłania, budzi leżące na nim dziecko, zarzuca mu cienki pled na ramiona, a jak któreś z nich płacze, bierze je prędko na ręce i tuli mocno , do momentu, aż to się nie uspokoi. Potem stawia je na ziemi, budzi kolejne, a jak wszystkie zostają wyrwane ze snu i uspokojone, otwiera szeroko drzwi i pierwsza opuszcza pomieszczenie, gestem przywołując małe do siebie. Mara niemalże zawsze uważała, że to wspomnienie dawnego snu, a nie prawdziwych zdarzeń. Mimo to pielęgnuje w pamięci ten obraz. nie chcąc z czasem o nim zapomnieć, jak dzieje się to w końcu ze wszystkimi snami. Zawsze po przebudzeniu rozpamiętuje je, wsłuchując się w oddech rówieśnic, śpiących na swoich posłaniach w wielkiej izbie. Potem nadchodzi kobieta w białej chuście i dziewczęta budzą się jak na zawołanie. Muszą wstać, niezwłocznie załatwić swoje potrzeby, obmyć twarze w korytach, do których spływa deszczowa woda, a potem usiąść do porannego posiłku w inne wielkiej izbie przy dwóch długich stołach. Białe Chusty bezszelestnie poruszają się pośród nich, nakładając do misek rzadkie pożywienie. Mara najwcześniej nauczyła się posługiwać chochlą. Dba o nią i pilnuje jej, bo jest za mała, na stworzenie sobie następnej. Starsze dziewczęta mogą to zrobić i wiele robi, lecz nie za darmo. Jedną z pierwszych zasad, jakich je się naucza, mówi, że nikt nie robi nic dla nikogo. Przedmioty są cenne i trzeba o nie dbać. Za niedbalstwo winowajczynię pozbawia się na wiele dni chleba, będącego najcenniejszym dobrem na Wyspie. Dwunastoletnie dziewczęta, które bardzo prędko rosną i wciąż chodzą głodne, za chleb zrobią naprawdę wiele: wystrugają nową chochlę, połatają stary pled albo sukienkę. Jednakże Mara nie potrzebuje nic od nikogo. Szanuje każdą swoją rzecz, bo wiele im zawdzięcza. Chochlą może się najeść. Pledem zawinąć się w chłodne noce. Z głodu lub zziębnięcia można zasnąć i nie obudzić się o świcie. Pogrążone w kamiennym spokoju małe ciała, układa się na tratwie i żegna należnymi im słowami. Do dwunastego roku istnienia, ląd opuszczają te, które więcej nie otworzą oczu. Potem także te, które przez dwanaście lat nie zdołały pojąć zasad, jakimi rządzi się ich świat.  Lecz Władca Ptaków ma najwidoczniej inne plany w stosunku do Samili, bo jej tratwa zawsze powraca. Przez kilka pierwszych lat, nikt nie wiedział o jej istnieniu. I nie przejmował się jej słabościami. Istniało tak wiele, do nauczenia się i zapamiętania. Przede wszystkim własne imię. Białe Chusty nadawały je dziewczętom w czwartym roku ich istnienia. Z dziesiątek imion, każda musiała zdecydować się na to, które jej się spodobało, a potem na zawsze je zapamiętać. Tak jak modlitwę. Potem, pewnego dnia powiedziano im, że na lądzie, jest dziecko, które przyszło na świat w tym samym czasie co one. Chorowało, więc w każdej chwili mogło zasnąć. Toteż  dorastało gdzie indziej. Potem przyprowadzono Samilę Na widok nowej, dziewczęta zaniemówiły. Mara też znieruchomiała. W jednej chwili zapominając o zagadnieniach, jakie jej się cisnęły na usta. Może zadałaby je Białym Chustą, jeżeli nie coś tak zdumiewającego w ich świecie, jak uśmiech. Uśmiech Samili. To pierwsze co ujrzała. Szeroki, jak dobre słońce i nie skończony. Jak minęło  zaskoczenie spowodowane uśmiechem nowej rówieśniczki, dziewczęta zwróciły uwagę na jej oczy. Ich tęczówki, głęboko brązowe, prawie czarne do tego stopnia podobne, że nigdy żadnej nie przyszło do głowy zastanawiać się nad ich kolorem, różniły się od oczu Samili. Nawet niebo nie miało barw tak głębokiego błękitu, jak tęczówki Samili. Do tego ten uśmiech. I ciało, które zdawało się nie mieć prawa istnieć. Tak kruche, że jak zrobiła pierwszy krok, dziewczęta cofnęły się w obawie, że ta nowa złamie się na pół. Mara pomyślała, iż tamta dostawała jeszcze mniej jeść niż one, ale potem dostrzegła, że kości Samili nie widać pod skórą, tak jak ich kości, a jej buzia jest okrągła. I niezależnie od tego, jak bardzo do nich nie pasowała, odtąd została jedną z nich. Teraz na lądzie mieszkało ich siedemdziesiąt siedem. Marze polecono patrzeć na Samilę, bo nie chowała się z nimi i nie wiedziała tego co one. Mara więc nauczała Samilę wszystkiego. co sama wiedziała, pomijając to, czego dowiedziała się z szeptów. Samila prędko nabierała doświadczenia, potrafiła się dostosować. Ale marzła bardziej niż inne. Szczękając zębami, szeptała przed zaśnięciem do niej, bo wiedziała, że ta nie śpi. Wówczas, wspominała miejsce, z którego ją zabrano. Swoje wcześniejsze, lepsze istnienie. 


Bardzo dawno temu - od tych słów zaczyna się Legenda - na świecie istniało wiele lodów, a każde z nich zamieszkiwało wielu ludzi. Świat wówczas prezentował się jako szczęśliwa kraina, pełna wspaniałych przedmiotów, ptaków, roślin i zwierząt. Jak ludzie nie mieli co robić, byli najedzeni i ubrani, tak że nie marzli nawet po zachodzie słońca, konstruowali nowe przedmioty, aż w końcu ziemia zaczęła się zapadać pod ich ciężarem. Pochłaniała co się dało. Zapanował chaos. Nikt nie wiedział, co ma robić. Wówczas najważniejsze okazało się jedzenie, bo prędko zaczęło go brakować. W końcu tak bardzo brakowało jedzenia, że ludzie przestali zachowywać się jak ludzie. Stali się zwierzętami. Brakowało domów, ubrań i przedmiotów. Zaczęli mieszkać jak zwierzęta i karmić się jak zwierzęta. Polowali nawet na to, co do tej chwili nie lądowało w ich brzuchach. Teraz nie mieli prawie nic, więc zamieszkali w norach, chowając się jedni przed drugimi. Dawniej ludzie zawsze zadawali sobie ból i zabijali. nawet wówczas, jak nic im nie brakowało. Jednakże, teraz rozpoczęła się prawdziwa rzeź, bo chcieli ocalić dla siebie jak najwięcej lądu, którego zasobność wciąż malała. Wtenczas Władca Ptaków zgromadził ludzi, jakich nie opętała jeszcze zwierzęca natura. Potem rozkazał największemu ze swoich ptaków, unieść ich nad ziemią. Ocaleni z powietrza obserwowali, jak ziemia rozpada się i płonie. I jak ocean pochłania to, czego jeszcze nie pochłonął. Lecieli bardzo długo. Jak zaczęli tracić nadzieję, a ich zbawca siłę, dostrzegli ląd. Upewniając się, że są bezpieczni, wielki ptak opadał w dół, lecąc nad oceanem, a potem zniknął im z oczu. Zdawało się, że ich zbawca specjalnie dla nich zostawił tę ostatnią, ocaloną ziemię. Ludzie zaczęli się na nowo osiedlać. W momencie, jak już nie odczuwali głodu, powrócili do tego, co ich zgubiło. Zaczęli zazdrościć sobie przedmiotów, które każde z nich miało ze sobą. Walczyli o nie i przywłaszczali sobie. Mężczyźni zazdrościli sobie narzędzi, mimo że większość nie potrzebowali, a kobiety ozdób, pomagających im, jak najbardziej odróżnić jedną od drugiej. Zdawało im się, że posiadając więcej, zdobędą większe uznanie, bo jeszcze nie zrozumieli, że to nic nie oznacza. Wówczas Władca Ptaków wpadł w gniew. Polecił ludziom budować łodzie i schronienia z kamieni na skałach. Nakazał mężczyzną odpłynąć łodziami na drugi ląd, a kobietom zamieszkać w schronieniach. Od tamtego czasu, każde miało istnieć samo dla siebie.


Nasz świat zawdzięcza swoją wielkość świadomej obojętności na cierpienie i ból. Światowe przedsiębiorstwa nie rzadko opierają się na taniej sile roboczej, a za nasze zachcianki pokutują niewinne zwierzęta i środowisko. Jednakże, w pośpiechu codziennego istnienia, w pogoni za przeróżnymi dobrami, mało nas to obchodzi. Nieszczęście człowieka, niespokrewnionego z nami, albo stworzenia, nie będącego ulubieńcem domu, pozostaje nam obojętne. Grażyna Jeromin-Gałuszka potęguje wszechogarniającą nas znieczulicę, tworząc czarną wizję przyszłości, w której każda osoba, dba sama o siebie.  Dawno temu Władca Ptaków uratował siedemdziesięcioro siedmioro ludzi. To oni stali się początkiem nowego świata. Przepełnionego ciężką pracą, pozbawionego wszelkich uciech i uczuć. W nim, wraz z siedemdziesięcioma sześcioma dziewczętami w swoim wieku, dorasta Mara. Pled, drewniana chochla, miska i dzban na wodę. To ich potrzebuje każda z nich, jeżeli chce przetrwać. Utrata któregokolwiek, oznacza wiele dni głodu, a nawet śmierć. I tak, do piętnastego roku ich istnienia. Jeżeli uda im się przerwać, udadzą się w inne miejsce, pełne dostatku i piękna.  Jednakże, mimo że czeka na nie ten sam los, jaki spotkał mnóstwo dziewcząt przed nimi, one są od nich, pod wieloma względami inne. Nie są całkowicie zobojętniałe na siebie nawzajem. Potrafią się wspierać. Ale najbardziej odróżnia się Samila, która nie dość, że nieustannie potrafi przejawiać bezinteresowność, to na dodatek, aż promieniuje dobrocią, szczęściem i pięknem. Jest inna. Nie z tego świata.  Mara i Samila. Postaci są ze sobą niemalże nierozłączne, od momentu pojawienia się tej drugiej w istnieniu pierwszej. Marę charakteryzuje dobra pamięć i inteligencja, które pozwalają jej prędko rozwijać nowe umiejętności. Dla rówieśnic niejednokrotnie jest ostoją i opoką. Przewodzi nimi. Wiele osób uważa, że dużo osiągnie w ich społeczności. Ma szanse stać się Białą Chustą, a nawet kimś potężniejszym.  Samila uchodzi za dziwadło. Zachowuje się inaczej, ale też inaczej się prezentuje. Umie najcenniejszą rzecz, jaką jest słodka woda, podlewać kwiatki. Potrafi łatać sukienki młodszym dziewczętom, a także rzeźbić chochle i miski, zupełnie za darmo. Jest najsłabsza, ale jeszcze żadna, prócz niej, nie wróciła zesłana na morze za złamanie zasad.  Mara nienawidzi Samili. Za to Samila, niezależnie jak Mara się stara, uważa ją za najbliższą koleżankę. Duet sprawia wrażenie ciekawego, i tak też się prezentuje. Jednakowoż, raczej niespodzianki nie powinien stanowić fakt, że twarda i surowa Mara, wzbudza chłodniejsze uczucia, niż delikatna i niewinna Samila. Poza dziewczętami, jest jeszcze bardzo dużo postaci drugoplanowych. Jednakże, stanowią one zaledwie tło. Z siedemdziesięcioro siedmioro dzieci odbiorca poznaje zaledwie gromadkę. Taki sam stan ma miejsce potem. Nawet najważniejsze postacie w społeczności, do jakiej należą przewodnie bohaterki, pozostają dla nas nieodgadnione. Zaledwie Dżidżi, zasługuje na wspomnienie. Ta zgorzkniała, ale mądra, kobieta, posiadająca wiedzę o ziołach, ale jak się zdaje również wiedząca dużo o utraconej przeszłości, udowadnia, że Grażyna Jeromin-Gałuszka potrafi kreślić różnorakie postacie. Szkoda, że nie postanowiła wpleść ich do powieści nieco więcej.  Możliwe, że wówczas bohaterki i historia prezentowałyby się ciekawiej. Bo nie ma co udawać, że momentami powiewa nudą. Ponieważ autorka, bardziej skupiła się na przedstawianiu reakcji postaci na poznawanie otaczającego je świata, a z czasem też uczuć, jakie muszą w sobie tłumić. Bardzo ubogiego świata. Składającego się ze skalistego lądu i drzew. Potem, większego połata ziemi,  bardziej dorodnego, z częścią, do której nikt nie zachodzi. I lądem, jaki zamieszkują sami mężczyźni. Jednakże, niezależnie na jakim się znajdują, wszędzie oczekuje na nie cierpienie. Na ziemi na jakiej zmusza się je do dorastania, za niespełnianie oczekiwań, czeka śmierć. Można tam również zasnąć z zimna, albo umrzeć z pragnienia lub głodu. Ląd na jakim spędzają resztę swojego istnienia, opiewa w dostatek, ale bez ciężkiej harówki, czeka na nie powolna śmierć. Tak samo, jak na każdą osobę, która zachoruje, zostanie ranna, albo nie będzie miała sił na pełnienie swoich obowiązków. Na lądzie, na jakim mieszka sama płeć przeciwna, nie muszą się obawiać o przetrwanie. Tam, ich zadaniem jest poczęcie nowego istnienia. Jeżeli jakiejś z kobiet to się nie udaje, po powrocie do ich stałego miejsca zamieszkania, skazuje się je na jeszcze cięższe prace. Ten świat, to błędne koło, w jakim każda narodzona osoba, od razu ma zaplanowane cele. Jest szaro smutno i monotonnie. Zapoznając się z książką, oczekuje się momentu, w jakim przewodnie bohaterki, zaczną robić coś z zamiarem dążenia do zmian. Jednakże nie.  Celem historii jest udowodnienie, że na ślepej wierze w coś, co zupełnie może stanowić rezolutne kłamstwo, można zbudować, podporządkowane sobie społeczeństwo. W twórczości Grażyny Jeromin-Gałuszki, można odnaleźć wiele nawiązań do Biblii. Uratowanie ludzi na grzbiecie ogromnego ptaka przed powodziom, można powiązać z ratunkiem, jaki udzielił zwierzętom Noe. Znowuż, okazalsza część lądu, do jakiej nikt nie powinien chodzić, to takie zakazane owoce. Autorka, też pisząc o nich, posługuje się bardzo dokładnym doborem słów, jakie powoduje, że te chwile z książki prezentują się ważniej, niż pozostałe. Zapadają bardziej w pamięć. Świetnie to kontrastuje z pozostałą częścią tekstu, która została napisana prościej.

Jeżeli szukacie powieści, odpowiadającej szarości za oknem, to ta książka jest dla was. "Legenda", autorstwa Grażyny Jeromin-Gałuszki, to powieść na jeden wieczór w fotelu, pod kocem, z kubkiem gorącego kakaa w ręku. Możliwe, że będziecie ją potem wspominać przez długie dni, albo pozostanie dla was kompletnie zobojętniała. Jest to zależne od waszej wrażliwości.  

Dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka za egzemplarz recenzencki.
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz